Dawno temu, gdy rozpoczęła się przygoda z beadingiem, pierwsze bransoletki dziergałam sznurem ukośnikiem.
Nie sprawiało mi to większego problemu, szczególnie po wytłumaczeniu przez
Elę.
Zaglądając na Wasze blogi odkryłam wzory , które bardzo mi się spodobały tzn. smocza łuska i gąsieniczka.
Jak się coś podoba , chce się to mieć, więc do dzieła! Yhmm, tak, do dzieła ...problem w tym , że powinnam dziergać sznurem szydełkowo-koralikowym. Ło matko i córko! ileż mi ten sznur przysporzył problemów! nerwów!
No kto by pomyślał, z ukośnikiem nie miałam problemów , cyk! a ten szydełkowo-koralikowy tak mi zalazł za skórę. Smocza łuska nie chciała się ładnie układać , gąsieniczka kręciła się w caaaały świat...beznadzieja.
Zostawiłam, obraziłam się, focha strzeliłam i po sprawie.
Tylko, że pasowało by naumieć się prawda? Wyszydełkować coś, co u Dziewczyn było wyplecione na początku ich drogi koralikowej.
Próba znów została podjęta, na spokojnie, bez nerwów 😊. Efekty proooszę...
Bardzo przyjemnie się szydełkowało, a wygląd mnie doprawdy zaskoczył.
Kolejny punkt w nauce został odhaczony!
Pozdrawiam odwiedzających , witam nowych obserwatorów i proszę o pozostawienie śladu swych odwiedzin w postaci komentarza 😌